piątek, 11 października 2013

WYWIAD Z TRUE BOB

Dlaczego zainteresowała Cię sztuka ulicy? Nie wolałbyś tworzyć prac o większej trwałości?

Chyba po prostu mi się spodobała. Moje szczenięce lata raczej opierały się na bieganiu po podwórku z piłką albo na deskorolce. Zajarałem się graffiti jako małolat. Pamiętam, że pierwsze ksywki bydgoskich writerów rozpoznawałem już we wczesnych latach podstawówki. Za puszkę chwyciłem pierwszy raz w wieku 14-15 lat. Miałem o wiele łatwiej niż starsi zawodnicy. Jestem rocznik ’94, to jeszcze pokolenie dzieciaków, które bawiło się na podwórkach, mimo tego, że miało komputer. Nie zaczynałem malując jakimś tanim i słabej jakości lakierem, tylko od razu hiszpańską Montaną. Patentów też nie musiałeś się uczyć, wystarczyło jedynie podglądać jak malują starsi gracze na jamach. No i coś, co nie wiem czy było najgorsze, czy najlepsze, ale zdecydowanie bardzo ważne. Tą rzeczą jest internet, który w roku 2008, kiedy ja zaczynałem brać malowanie na poważnie, był w pełni dostępny. Wszystkie fotoblogi, streetfiles, facebook, teraz instagram i tumblr. Nie chcę mówić, że to złe i że kiedyś było lepiej, bo gówno o tym wiem, bo niestety albo stety, nie urodziłem się 15 lat wcześniej. Ale mimo wszystko, bez tego, może byłoby to bardziej dla siebie i dla najbliższych ziomali, byłoby bardziej „True”. Choć ja nie widzę przeszkód, żeby było takie jak jest teraz. Każdy oceni to na swój sposób.




Nie wolałbyś tworzyć prac o większej trwałości?

Nie wiem, czy można tu kategoryzować trwałość. Dla mnie graffiti, czy street art, czy ogólnie malowanie, zwał jak zwał, to przede wszystkim momenty z życia. To czas spędzony z kumplami, gdzie rysuje się do wczesnych porannych godzin. To ludzie, których poznajesz na jamach czy imprezach, to często stres i radość. Zawsze kończąc ścianę robię jej zdjęcie. Dopiero ta czynność definitywnie kończy pracę. Jak już mam fotkę, to wiadomo, że chciałbym, żeby moja praca wisiała jak najdłużej, ale jeżeli nie… to ok, mam zdjęcie.
Wiadomo, że o wiele trwalsze są prace na płótnach, ale to, czy moje płótna będą istnieć przez następne 200-300 lat, trochę mi wisi. Ja tego nie dożyję, poza tym, swoich prac nie oglądam, tylko po namalowaniu pakuje, odkładam i staram się zabierać za następne. Jeżeli ktoś za te 200-300 lat będzie chciał je oglądać i o nie dbać i one będą tego warte… super. A jak zostaną na wieczność w piwnicy, albo po prostu porozdawane czy też z hukiem wyrzucone do śmieci, co jest bardziej prawdopodobne to Nic z tym nie zrobię.

Co ludzie niezwiązani ze sztuką sądzą o tym co robisz? Może spotkałeś się już z komentarzami, więcej jest pozytywnych czy negatywnych?

Niektórzy uważają to za wandalizm, niektórzy za sztukę… Klasyk. Niektórym to co robię się podoba, niektórym nie… drugi klasyk. To chyba typowa odpowiedź, ale tak po prostu jest. Wiadomo, że pozytywna opinia łechce nasze ego i fajnie ją usłyszeć, a tych negatywnych najlepiej wcale. Słyszę takie i takie, miłe i mniej miłe… tak już jest. Ja uważam, że przede mną wciąż dużo pracy.




Czy dostałeś kiedyś mandat za bazgranie po murach?

Nie.

Jakie masz podejście do swojej dziedziny? Sądzisz, że jest ona w pełni wartościowa pod względem artystycznym?

Raczej traktuje ją jak pasję, zajawkę, sposób na życie. Ja sobie maluje, ktoś robi muzę, a jeszcze ktoś inny gra w piłkę. Nie wczuwam się w rolę wielkiego artysty, malarza z pędzlem, czy Bóg wie kogo. Nie nakazuję nazywać się street-artowcem, writerem, artystą, grafficiarzem itd. Najogólniejszym określeniem jest po prostu twórca, czyli dla mnie osoba, która coś robi. A czy jest to np. robienie muzyki czy machanie sprayem… ważne jak ty, jako twórca, odbierasz samego siebie.
Sądzę, że jest wartościowa. Dla mnie, przynajmniej, ma jakiś sens i wartość. Musi mieć skoro to robię, bo nie lubię marnować czasu. W galerii każdy wyciągnie coś dla siebie, jeżeli chce, a na ulicy raczej nie zamknie oczu, albo nie będzie wychodzić z domu, bo nie podobają mu się obrazki na blokach itp. To jest właśnie fajne w tworzeniu na zewnątrz, ponieważ ludzie są wtedy zmuszeni do obcowania z twoją pracą.




Gdzie jest, dla Ciebie, granica między muralem a graffiti, gdzie między street artem a wandalizmem?

Granicą jest chyba intencja, z jaką wykonujesz pracę. Czy graffiti to tylko ksywa, a street art to zwrócenie uwagi na jakiś problem, czy pokazanie jakiejś idei? Bynajmniej, chyba częściej na odwrót. Czy jeżeli np. 4 piętrową ścianę bloku pomalujesz w literach to jest graffiti, bo ma litery, czy street art, bo robiłeś to legalnie? Wiele osób może się wykłócać, ale to i tak dla społeczeństwa nieczytelne formy… Dla mnie przede wszystkim graffiti to sposób życia. A street art to modna nazwa na byle artystyczny bubel na ulicy. Eldo nawinął: „w kraju panuje moda... nawet Blue Cafe robi rap, wszyscy robią rap tylko że żaden z nich nie wie jak...”. Teraz podobnie jest ze street artem. Nie chcę też tak hejtować, ja zdecydowanie nie jestem writerem i nie aspiruję do tego, ale też nie wczuwam się w street-artystę, choć do niego na pewno mi bliżej. Wielu, powszechnie nazywanych street-artystów, było lub jest graficiarzami. Nie widzę problemu segregacji działań w przestrzeni publicznej na graffiti czy street art. Walka o to, co było pierwsze i która prawda jest bardziej „mojsza” przypomina mi kłótnie dzieci w piaskownicy. Każdy niech robi swoje, nazywa to jak chce, w jakichś racjonalnych granicach i spełnia swoje cele. Moim zdaniem chodzi o dwie rzeczy. Fame i progress i nie chodzi tu o bycie jakimś celebrytą. W obu przypadkach, czy to graffiti, czy street art, chodzi właśnie o to, by być coraz lepszym i coraz bardziej rozpoznawalnym.
Wandalizm, jak wandalizm, każdy ma swoją definicję destrukcji.

Czym kierujesz się wybierając miejsca na swoje murale?

Raczej nie wybieram, tylko biorę co dają, a jeżeli nie ma nic, to pozostają pustostany, legalne ścianki itp.


Co sądzisz o Gdańskiej Szkole Muralu? Czy Twoim zdaniem rzeczy malowane spontanicznie mają większą wartość niż murale tworzone na zamówienie bądź w ramach konkursu?

Nie widziałem nigdy ich muralu na żywo. Nie interesuję się też ich produkcjami, ale technicznie są raczej dobre, poza tym, często to duże formaty.
Dla mnie największą wartość, mają rzeczy autentyczne. Zlecenie raczej takie nie jest, bo to po prostu komercyjne zlecenie. Konkurs determinuje człowieka do zrobienia czegoś na wysokim poziomie. Ale czy to zwykła 4 literowa ksywa, czy 10 piętrowy blok? Zdarza się, że te mniejsze produkcje też mają to coś. Format nie decyduje o jakości pracy, choć wiadomo, że te większe zawsze będą bardziej prestiżowe.




Masz jakąś ulubioną realizację? Co ostatnio przykuło szczególnie Twoją uwagę?

Są realizacje, którymi na pewno zawsze będę się jarał. Idealnym przykładem będą murale, które powstawały w Bydgoszczy. I nie chodzi tu pewnie tylko o to, co jest na nich namalowane, ale jak one na mnie wpłynęły. To, że miałem możliwość poznania autorów jako smarkacz, często pomagania przy ich powstawaniu. To są właśnie te trwałe momenty. Wydaje mi się, że to właśnie przez te murale, ja obrałem trochę inny kierunek.
Poza tym, interesuje mnie sztuka ogólnie. Staram się szukać ciekawych rzeczy, nie tylko w street arcie, ale często w o wiele starszych, klasycznych dziełach.


Jaki wpływ na to co robisz ma szkoła, którą kończysz?

Z jednej strony, żaden, bo nikt mi tych prac w szkole nie komentuje w trakcie ich powstawania itp. Z drugiej strony, sądzę, że ogromny, bo wydaje mi się, że robił bym teraz zupełnie inne rzeczy, być może nie związane nawet z malowaniem, gdyby nie liceum plastyczne.

Wiesz już co będziesz robił po maturze?

W planach studia, a reszta bez zmian.





Z True Bobem rozmawiał Kajetan Giziński

czwartek, 12 września 2013

MUZYKA OBRAZU

Recenzja grafiki do albumu "Lightning Bolt" zespołu Pearl Jam
autor: Aleksandra Stokowiec


Słowa z reguły najlepiej płyną wówczas, kiedy gdzieś w tyle głowy wybrzmiewa melodyjne metrum- zwłaszcza, kiedy akurat zdarzy się tak, że dźwięki zgrają się z myślami w sposób harmonijny, a kolejne takty kończyć będą się dokładnie tam, gdzie następujące po sobie zdania. W takim wypadku całość wywodu niechybnie nabierze pięknej formy i odpowiedniego rytmu, dając odbiorcy wrażenie obcowania z tekstem pod każdym względem nienagannym. Tym razem proszę jednak na podobne wrażenia nie liczyć. Będzie zgrzytało, milkło w pół słowa i strzępiło się na brzegach. Muzyka najwłaściwsza do nawiązania udanej kolaboracji z tą recenzją wciąż jeszcze bowiem pozostaje wielką tajemnicą i, jak głoszą zegary na oficjalnej stronie zespołu, na zmianę tego stanu rzeczy nie należy liczyć przed upływem 32 dni, 19 godzin i 24 minut. Do tego czasu pozostaje jedynie przyjrzeć się uważnie grafikom zaprojektowanym na potrzeby najnowszego wydawnictwa Pearl Jamu. 




Zespół wielokrotnie już udowadniał, że kwestia oprawy jest w ich odczuciu czymś więcej, niż tylko powinnością, którą należy spełnić. Wystarczy wspomnieć tu osławione „Vitalogy”, wyróżniające się nie tylko zawartością muzyczną (wydawnictwu przyznano status pięciokrotnej platyny), ale także wyjątkowo starannym opracowaniem graficznym. Okładka imituje wolumin oprawiony w szlachetną, brązową skórę. W centrum znajduje się tytuł albumu, wytłoczony złotymi literami. Jednak, jak na starą księgę przystało, tego, co najciekawsze, szukać należy wewnątrz... We wkładce znajduje się szereg przedruków z pracy doktora E.H. Ruddicka wydanej w latach 20. XX wieku (Vedder podobno znalazł jej kopię na garażowej wyprzedaży). Traktuje ona o zdrowiu i przykładnym życiu. Jej fragmenty zestawione zostały z tekstami poszczególnych utworów, krótkimi poematami oraz mnóstwem kolorowych fotografii. Uwagę przykuwa tu zwłaszcza rentgen zębów, który pojawia się we wkładce w miejscu, gdzie powinien znaleźć się tekst utworu „Corduroy”. Jest to zdjęcie przedstawiające uzębienie samego Veddera. Miało ono stanowić rodzaj ironicznego komentarza do nadmiernego zainteresowania życiem prywatnym muzyków Pearl Jamu.

Kolejne krążki były dla zespołu okazją do dalszego eksperymentowania. Pojawiały się nowe formy wkładek, przechodzenie od fotografii („Yield”), poprzez kolaż („No Code”), aż do grafiki („Backspacer”, „Lightning Bolt”). Cechą charakterystyczną stało się także komponowanie okładki w taki sposób, by zawrzeć w niej dodatkowy, ukryty przekaz. I tak na „No Code” 144 zdjęcia wykonane polaroidem, układają się w trójkątne logo, nawiązujące do motywu wszechwidzącego oka. Wśród dziewięciu grafik zdobiących okładkę albumu „Backspacer”, dopatrzyć się można z kolei wielu odniesień do popkultury. Tworzą one oszałamiający miraż, zawieszony gdzieś wpół drogi między sentymentalnym spojrzeniem rzucanym w przeszłość, a wciąż żywymi fantazjami dotyczącymi przyszłości, co znakomicie oddaje charakter całej płyty.

Poświęcanie tak wielkiej uwagi stronie plastycznej albumu może wydawać się pewną ekstrawagancją. W przypadku Pearl Jamu nie powinno to jednak dziwić. Basista zespołu, Jeff Ament, sam długo zajmował się grafiką użytkową. Wraz z młodszym bratem założył nawet firmę AmesBros., specjalizującą się w projektowaniu plakatów promujących trasy koncertowe. Równocześnie (niewykluczone, że w związku z zamiłowaniem muzyków do surfingu i jazdy na deskorolce), Pearl Jam od samego początku skupiał wokół siebie wielu znakomitych artystów. Wśród nich nie brakowało twórców komiksów (Tom Tomorrow), murali (MAXX242, Munk One) czy w końcu autorów nietuzinkowych grafik. Don Pendleton, odpowiedzialny za oprawę graficzną najnowszej płyty zespołu, należy do tych ostatnich. 
 


Artysta ten, działający pod szyldem Elephont, współpracował do tej pory przede wszystkim z producentami desek snowboardowych, deskorolek, obuwia oraz odzieży. Projektowanie grafik do „Lightning Bolt” było zatem jego pierwszym tak poważnym spotkaniem z rynkiem muzycznym. Brak wielu doświadczeń w tej materii nie był jednak żadną przeszkodą. Jak bowiem zapewnia Jeff Ament, Pendleton sprawdził się znakomicie. I rzeczywiście, jeśli wziąć pod uwagę estetykę jego prac, nie powinno to w najmniejszym nawet stopniu dziwić.

Już sam układ poszczególnych elementów powoduje, że okładka „Lightning Bolt” zdaje się emanować jakimś dziwnym rodzajem napięcia. Trudno mówić tu o oddziaływaniu swoistego horror vacui- części składowych tej kompozycji jest przecież stosunkowo niewiele, a każda z nich opracowana została w maksymalnie oszczędny sposób, bez zagłębiania się w detale. Równocześnie jednak ich wzajemne przenikanie się daje wrażenie spoglądania na obraz ciągłej walki o przestrzeń. Poszczególne elementy wchodzą ze sobą w interakcję, której jedynym celem zdaje się być wzajemne odpychanie. Ten antagonizm znakomicie oddany został poprzez kontrast kierunków (fale rozchodzące się na zewnątrz i zygzaki błyskawic skierowane do centrum), zestawienie kształtów obłych z kształtami o ostrych kątach (z jednej strony zarys oka i półksiężyc, z drugiej- krzyż), czy w końcu zróżnicowanie wielkości plam barwnych (od czarnego tła, aż po ledwie widoczne białe linie przecinające się pod kątem prostym). Odbiorca spogląda więc na wizualny zapis nieprzerwanie toczącej się batalii o poszerzanie wpływów. 

Nie bez znaczenia pozostaje tu także sama kolorystyka. Biel, czerń i czerwień to trzy najbardziej podstawowe barwy. W niemal każdej z kultur, kojarzone są one odpowiednio ze światłem, ciemnością i krwią. Stąd niedaleko już do konotacji związanych z wiarą w życie pozagrobowe, a wraz z nią- w jasną krainę zbawionych, nieprzeniknione mroki terytorium zamieszkanego przez potępionych oraz zawieszoną pomiędzy nimi ziemię, pełną istot śmiertelnych.

Do takiej interpretacji skłania już sama forma analizowanej grafiki. Nadanie przedstawieniu bezkompromisowej walki o terytorium takich właśnie kolorów, tylko dodatkowo wzmacnia wyraz całości. Ilustracja ta urasta nagle do rangi uniwersalnej wizji zbliżającej się apokalipsy. Syreny wyją, a niebo przecinają błyskawice. Ich odbicia widać w oczach przerażonych ludzi. Skąd jednak przyszło niebezpieczeństwo i gdzie kończy się ta historia?


Pearl Jam od samego niemal początku był zespołem mocno angażującym się w sprawy społeczne. Vedder wielokrotnie krytykował polityków za przedkładanie dbania o dobry wizerunek państwa, nad potrzeby jego obywateli. Ostro sprzeciwiał się też decyzjom związanym z misjami na Bliskim Wschodzie, wierząc że wszelkie problemy rozwiązywane powinny być drogą dyplomatyczną (wspomina o tym między innymi w jednym z fragmentów „Imagine in Cornice”). Wszystko wskazuje na to, że „Lightning Bolt” będzie albumem skoncentrowanym wokół obaw związanych z wszelkiego rodzaju konfliktami- zarówno tymi rozgrywającymi się w głowach poszczególnych jednostek, jak i tymi, które pociągają za sobą wzburzone tłumy.

W grafikach zaprojektowanych przez Pendletona, wyraźnie widać, że za każdym konfliktem stoi jakaś idea. Część z nich bierze swój początek w systemach religijnych („Getaway”), inne wypływają z zasad wpojonych w domu („Mind Your Manners”, „My Father's Son”). Są też takie, które czerpią z wielu źródeł, kiełkując w umyśle szaleńca powoli („Infallible”). Zestawianie ze sobą elementów pozornie bardzo odległych, pozwoliło Pendletonowi uchwycić także istotę problemu- punktem zapalnym zawsze staje się bowiem moment konfrontacji, chwila kiedy skrajnie różne idee stają naprzeciwko siebie. Przeciwko sobie występują przedstawiciele odmiennych religii (symbolika półksiężyca i krzyża), kolejne pokolenia, wierzące w całkiem inne ideały (wówczas walka toczy się między poczuciem przynależności do grupy, a przywiązaniem do tradycji), a w końcu także pojedynczy ludzie, chcący budować bliskie relacje (ich tworzenie wymaga dialogu). 
Mimo wszechobecnej symboliki związanej z wojną i przelewem krwi, Pendleton pozostawia jednak ziarnko nadziei- w ilustracji do „Future Days” widać kobietę i mężczyznę, którzy potrafią przemówić do siebie uniwersalnym językiem miłości (w tle widać dwa zwrócone do siebie twarzą profile). Nie wiadomo tylko, dlaczego ich sylwetki wynurzają się z pary źrenic, niczym ogromna łza... Być może to, co niedopowiedziane zostało w obrazie, własnymi słowami dopełni muzyka.

środa, 21 sierpnia 2013

RUNICZNE OPOWIEŚCI

RUNICZNE OPOWIEŚCI
Runaljod - Yggdrasil, zespół WARDRUNA
AUTOR: Martyna Kozińska


Legenda głosi, że Odyn, najwyższy bóg nordycki cierpiąc na głód wiedzy udał się do korzeni drzewa Yggdrasil, podtrzymującego świat oraz będącego źródłem wszelkiej mądrości. Bóstwo zostało tam zapoznane z tajemniczymi zaklęciami, którym, każdemu z osobna opowiadał jeden, magiczny znak alfabetu - runa. Odyn zachował magię dla siebie, lecz pismo przekazał ludziom. Tak oto(w skrócie) miał powstać system dwudziestu czterech znaków nazywanych dziś Starszym Futharkiem.

***

Zwykłym śmiertelnikom, osobom niezwiązanym z fantastyką, grami komputerowymi czy dawnymi wierzeniami „dar Odyna” próbuje przybliżyć (lub rozpropagować) norweska grupa Wardruna. Rdzeń formacji tworzą członkowie black metalowego półświatka(Gorgoroth), co mimo zmiany stylistyki może nasuwać wiele niepewności i zastrzeżeń, wynikającej(oczywiście) ze złej sławy tego gatunku. Odrzućmy jednak sprawę uprzedzeń o pożeraniu dziewic, kotów, czarnych mszach i wróćmy do czasów gdy Skandynawia nie słyszała jeszcze o chrześcijańskim bogu. Efektem wędrówki ku dawnym wierzeniom i szamanizmowi jest wydana w kwietniu tego roku druga już część z zamierzonej trylogii Wardruny, zatytułowana Runaljod - Yggdrasil”


okładka albumu
 
Okładka wita charakterystycznym, czerwonym, kojarzącym się z runami logo oraz zielonym tłem o fakturze liścia, mogącego na pierwszy rzut oka stanowić nawiązanie do wcześniej wspomnianej opowieści. Można stwierdzić, że jest skromna, nie stanowi nic zaskakującego czy specjalnego, ale... No właśnie. Norwegom należy się wielki plus za swoistą prostotę, kontynuację wątku poruszonego na okładce pierwszej płyty, co w wyrazisty sposób systematyzuje projekt i nadaje ciągłość całemu założeniu. Zajmijmy się brzmieniem. Po pierwszym przesłuchaniu pojawiło się wielkie zaskoczenie będące efektem poszukiwania nowych rozwiązań, nasuwające myśl „przecież to nie Wardruna”. Pomyłka. Ponownie pojawiają się dawne, pieczołowicie odtworzone instrumenty, kobiece chórki, dźwięki natury wykorzystane w umiejętny sposób, bez serwowania słuchaczom „odgrzanego kotleta”. Pojawiają się także teksty w rodzimym języku. Dla jednych może być to utrudnieniem, niewygodnym przymusem poszukania „czegoś więcej”, zagłębiania się. Dla mnie stanowi niewątpliwy smaczek, ulubiony wyjątek wokół panującej wszechobecnie angielszczyzny. Album zabiera w trwającą niespełna godzinę podróż, pobudzając pierwotne pragnienia i wyobraźnię; mogę śmiało powiedzieć, że (podobnie jak poprzedniczka) wprowadza w pewnego rodzaju trans, hipnozę. Oczarowuje. Istotny jest także sam proces produkcji, na płycie bowiem nie usłyszymy żadnego niechcianego dźwięku, całość jest dobrze przemyślana i dopracowana.
Podsumowując? Poprzeczka zawieszona wysoko. Nie tylko dla samej Wardruny, ale także dla innych podobnych gatunkowo wydawnictw folkowo-ambientowych. Mam złudną nadzieje, że cały projekt wykroczy poza krąg odbiorców z subkultury metalowej i zainteresuje nie tylko jako ciekawostka muzyczna, ale pchnie dalej do poszukiwań związanych z kulturą północy oraz jej dawnymi tradycjami. Zasługuje na to. Chcecie się przekonać?

czwartek, 15 sierpnia 2013

WYWIAD Z MAŁGORZATĄ IWANOWSKĄ-LUDWIŃSKĄ

WYWIAD Z MAŁGORZATĄ IWANOWSKĄ-LUDWIŃSKĄ
AUTOR: Aleksandra Komorowska


Kafeteria „Struna światła” w toruńskim Dworze Artusa roztacza przyjemny półmrok wokół. Włączone tu i ówdzie lampy sączą delikatne światło.

- Gdyby się wsłuchać w szepty tych ścian, z pewnością zadźwięczałyby w naszych uszach rytmy Republiki. Jakże oni wówczas godzinami ćwiczyli z Grzegorzem Ciechowskim – powitała mnie z uśmiechem Pani Małgorzata Iwanowska – Ludwińska i w jej niebieskich oczach rozedrgały się figlarne płomyki.

Pani Małgorzata to przede wszystkim artysta plastyk ( malarstwo sztalugowe, pastel, rysunek, tusz), ale także członek Związku Pisarzy Polskich ( utwory poetyckie i prozą). Za całokształt twórczości otrzymała w 2004 roku Nagrodę Specjalną Ministra Kultury. 

 

Kilka dni wcześniej z zaciekawieniem rozpakowywałam zawartość szarego papieru z dedykacją „ Malowane z myślą o Paniach”. Moim oczom ukazał się obraz „ Złocisty dzień”. Dzieło namalowane farbami olejnymi na płótnie o gęstym, drobnym splocie. Jest to przedstawienie niewielkiej wsi „skąpanej” w żółtopomarańczowym świetle wschodzącego słońca, domów, które spowite są jeszcze poranną mgłą. Można tutaj wyróżnić trzy plany. Na pierwszym, barwy są wyraźne i czyste. Małe, iglaste drzewka oraz ogrodzenie są namalowane z zachowaniem detalu i utrzymane w stonowanych barwach – beżu, brązu, czerni oraz ciemnej zieleni na drobnych źdźbłach trawy. Kolejny plan stanowią dwa domy, kilka wysokich drzew , nieliczne krzewy oraz, jak na poprzednim planie, ogrodzenie. Jest to element, który rytmizuje w pewien sposób tę kompozycję. W tym fragmencie obrazu pojawiają się dodatkowe odcienie – czerwień zmieszana z brązem oraz przydymiony kolor pomarańczy. Tym razem elementy nie mają już tak dokładnie zarysowanego detalu, są raczej delikatnie rozmazane, co podkreśla tajemniczość oraz mglistość, która pojawiła się na obrazie. Również w tym miejscu, po prawej stronie znajduje się podpis autorki. Ostatni plan to dom oraz kościół z wysoką wieżą. Za tymi obiektami delikatnie zarysowują się płaskie wzgórza przedstawione z zatarciem konturów. Całą kompozycję zamykają delikatne, ale gęste chmury, przez które przebija się jeszcze ostatnia gwiazdka. Może tak przedstawione chmury chcą zabrać ten ostatni symbol nocy. Gwiazdę, która nie zdążyła się ukryć przed nadchodzącym porankiem. Bo gwiazda symbolizuje początek, coś dobrego, przypomina, że każdy dzień może być piękny, nawet w najtrudniejszych czasach. Praca utrzymana jest w pogodnych, harmonijnych i uzupełniających się kolorach pomarańczu, brązu i żółcieni z delikatnymi pociągnięciami czerni i bieli w odniesieniu do niektórych elementów. Doskonałym dopełnieniem „Złocistego dnia” jest duża, gruba i ciemnobrązowa rama, która dodatkowo wzbogaca odbiór dzieła i podkreśla jego kolorystykę.

- W latach 70. prowadziłam tu wraz z moim mężem krytykiem sztuki Jerzym Ludwińskim galerię „Punkt”. Tu także działał teatr ACC Aleksandra Nalaskowskiego ( profesora pedagogiki UMK) –wspomina artystka.

Małgorzata Iwanowska – Ludwińska przez te wszystkie lata wiodła z mężem piękne, choć bardzo trudne życie cyganerii artystycznej, jeżdżąc po plenerach oraz „malując”

kolejne wystawy. Na Jerzym Ludwińskim był bowiem „zapis” – zakaz pracy. Dopiero po sierpniu ‘ 80 otrzymał pracę w ASP w Poznaniu. Tak więc dopiero wtedy Ludwińscy uzyskali spokojny byt bez walki o przetrwanie.

W 1987 roku Małgorzata Iwanowska – Ludwińska zostaje matką, a jej prace są w wielu kolekcjach m.in. duży zestaw obrazów w Muzeum Okręgowym w Toruniu, w kolekcji galerii Wozownia, Centrum Sztuki Teatru Studio w Warszawie oraz CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie.

Piękny czas przerywa dramat, w 2000 roku umiera Jerzy Ludwiński, a ku Jego czci Pani Małgorzata maluje wystawę 30 prac „ Obrazy dla Jurka” eksponowaną w 2002 roku w Galerii Wozownia w Toruniu i Galerii Arsenał w Poznaniu.

Wspomnieniowa książka „Jurek – szkice do portretu” zawiera jeden z rysunków Małgorzaty Iwanowskiej – Ludwińskiej „ Drzewo Fischera”. Jest to praca wykonana piórkiem i czarnym tuszem. Niewielki obrazek z niezwykłą tajemnicą, której pewnie nikt nigdy nie pozna. Przedstawia fragment starego, zaniedbanego cmentarza z kilkoma drzewami. Mają one niezwykle rozbudowane i poplątane gałęzie, co można odczytać jako symbol ludzkiego życia, które nie jest proste. Pojawiają się w nim często trudne sytuacje. Jesteśmy zmuszenie do podejmowania decyzji i nigdy nie mamy pewności, czy zrobiliśmy dobrze, czy wybraliśmy właściwą drogę. Dwa spośród drzew pozbawione są liści. Może ich bark ma związek z przemijaniem i zbliżaniem się do nieuchronnej śmierci. Zwłaszcza, że w ich sąsiedztwie wyrasta bujne drzewo, wydostające się z grobowca. Ono na pewno symbolizuje coś nowego, młodość, może udowadnia, że jeżeli coś się kończy, to w tym miejscu pojawia się coś nowego, lub raczej ktoś nowy. Śmierć i narodziny nie są czymś niezwykłym w naszej egzystencji, jednak cały czas budzą w ludziach niezwykłe odczucia i zachowania. Bo tak naprawdę nie jesteśmy w stanie przewidzieć naszych doznań. Jedni przejdą obok tego dzieła bez reakcji, inni stwierdzą, że jest to „dziwna praca”, ale są jeszcze ci trzeci, którzy dostrzegą metaforykę i zastanowią się na swoim życiem. Ci, którzy docenią wszystkie drobne radości, bo w życiu „ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy” jak śpiewał Marek Grechuta. Można się jeszcze pokusić o pewne nawiązania tego rysunku do znanej historii nieszczęśliwej miłości Tristana i Izoldy, kiedy z ich grobów wyrosły gałęzie głogu i splotły się, by symbolicznie oznajmić światu, że ich miłość przetrwa wszystko, nawet śmierć.

- W 2008 roku obchodziła Pani 40-lecie pracy twórczej – stwierdzam, prowokując Panią Małgosię do wspomnień.

- Była to duża wystawa retrospektywna na trzech piętrach Domu Muz, przy ul. Podmurnej w Toruniu. Bywałam laureatką edycji „Dzieło Roku ZPAP”, ale zaprzestałam udziału w konkursach, pracuję wyłącznie dla własnej satysfakcji. To jest chyba bardziej sensowne…

- Spełniając sugestie męża zaczęła Pani pisać, są to m.in. „ Jurek – szkice do portretu”, „Cień ojca na tle tężni”, Włóczęga i dziewczyna z Torunia” – przypominam literackie wydarzenia.

- Tak, te utwory wierszem i prozą, to jakby słowna ilustracja mojego życia. Rzeczywiście dorastałam w cieniu ciechocińskich tężni, gdzie mój ojciec był lekarzem naczelnym kurortu. Jako licealistka, tworząc swoje pierwsze prace i wędrując po Parku Zdrojowym, spotkałam przy pracach porządkowych, późniejszego legendarnego włóczęgę, Edwarda Stachurę. Mimo szarości tamtych dni przekonywał w jednym ze swoich późniejszych wierszy, że choć „ Człowiek człowiekowi wilkiem! // Lecz ty się nie daj zwilczyć! // Człowiek człowiekowi bliźnim! // Z bliźnim się możesz zabliźnić!”. Po chwili Pani Małgosia z uśmiechem dodaje.

- Ostatni tom wierszy pod tytułem „Artyści”, to moje własne credo, pewne podsumowanie drogi twórczej.

W ramach akcji „ Wagon wolności” organizowanej przez Teatr NN Brama Grodzka w Lublinie opowiadała o swojej twórczości, o wolności człowieka, a przede wszystkim o statusie wolnego artysty.

niedziela, 21 lipca 2013

CHRONOTOPOLOGY


Galeria Miejska BWA Bydgoszcz
09.06-06.07 2013
CHRONOTOPOLOGY
START ART
autor: Kajetan Giziński



Zimny podmuch nordyckiego powietrza, głęboki wdech i wkraczamy do tajemniczej krainy. Islandia, kraj europejski, ale bardzo mało znany. Przez swoją lokalizację na odległej od kontynentu wyspie, rozwijała się praktycznie w izolacji, a jedyne zewnętrzne wpływy pochodzą od norweskich i duńskich imigrantów.
Na wystawie w bydgoskim BWA zaprezentowano prace czterech artystów z grupy Start Art:

Anna Eyjolfsdottir
Ragnhildur Stefansdottir
Thordis Alda Sigurdardóttir
Thuridur Sirgurdardottir

Już samo przeczytanie nazwisk autorów jest trudne, a cóż dopiero z ich twórczością(!).
Jak wypowiedzieć się o sztuce, jeśli nie zna się jej uwarunkowań kulturowych? Trzeba być zupełnym ignorantem i z tej pozycji startuję.
Jako absolutny dyletant w temacie mówię: Nie znam się, więc się wypowiem.



 
Prace rozmieszczone są w dużych odległościach od siebie, można je oglądać stojąc daleko od białej (neutralnej, śnieżnej?) ściany, nie rozpraszając wzroku. Działa to korzystnie na odbiór, mimo że trudno zrozumieć treść. Chodząc po sali szukałem części wspólnej, która spoiłaby poszczególne obiekty. Cały czas pojawiało się to samo słowo: natura. Dlaczego? Po pierwsze obrazy przedstawiające zorzę polarną, która jednoznacznie kojarzy się z północą. Malowane wprawnie, choć nie zachwycająco, ujmują to co najważniejsze w pejzażu, czyli klimat. Powierzchnia płócien jest mocno lśniąca, co nadaje głębi mocnym, ale nie neonowym barwom.
Obrazy Thuridur Sirgurdardottir, malowane farbami olejnymi na identycznych płótnach w formacie 50x50cm, przedstawiają w naturalnej wielkości sierść islandzkich koni. Na niemrawym stoliku obok schodów leżały katalogi artystów. Na szczęście było chociaż trochę tekstu po angielsku. Niestety i to nie pomogło.
Nadal jestem ignorantem. 



Zaciekawił mnie jednak krótki fragment, który pozwolę sobie przytoczyć:
„However since we all know what a horse looks like the mind can fill in the gaps.”
To prawda, nie widać konia, a wiemy, że to koń. To za sprawą dobrej techniki malarskiej, która pozwoliła odtworzyć charakter umaszczenia zwierzęcia. Zadanie wymagające i czasochłonne (każdy włos to jedno pociągnięcie pędzla). Wykonanie jest precyzyjne, choć bez przesady, więc widać delikatne przesunięcia lub maźnięcia, które nadają obrazom naturalności (natura nie jest nieskazitelna). Delikatne złote i srebrne refleksy błyszczą nieznacznie, ale dopełniają wrażenia zdrowej sierści.
Krótko mówiąc: dobra robota.
Ale o co chodzi?
Nadal jestem ignorantem.


Obiekty autorstwa Thordis Alda Sigurdardóttir stworzone z drewna, wełny i słoików wypełnionych darami natury, takimi jak soczewica, kawa, czy ziarna zbóż. Jedna, zawierająca książki islandzkich autorów, zwieńczona jest rogami barana.
Interesujące. O co chodzi? Przy delikatnym chociaż wsparciu kuratora, z pewnością bym się dowiedział, lecz brakuje podstawowych informacji. Nawet sprawa autorstwa jest trudna do ustalenia dla osoby nie znającej języka islandzkiego. W każdym miejscu pisownia nazwisk jest inna, a podpisy w BWA były porażająco beznadziejne. Nagryzmolone ołówkiem na ścianie, nie przypominały ani trochę tych z broszurki, czy strony internetowej.
Czyż nie byłoby prościej przykleić zwyczajne tabliczki z informacjami na temat prac? Taka prosta rzecz, a już ignorant mógłby poczuć choć odrobinę satysfakcji ze zrozumienia sensu umieszczenia przedmiotu w galerii.


Do całości nie pasują obiekty Ragnhildur Stefansdottir. Wyraźnie odcinają się od reszty już techniką, ponieważ wykonane są częściowo z tworzyw sztucznych. Drugą sprawą jest temat. Co mają wytknięte języki i przekrój układu pokarmowego wspólnego z Islandią i naturą? Lepiej nie będę się pytał, bo mogę otrzymać odpowiedź, która nie pozwoli mi powstrzymać śmiechu, a nie lubię wyszydzać ludzi. Nadal jestem ignorantem.
Blue Velvet, tytuł pracy poznałem ze strony internetowej artystki. Anna Eyjolfsdottir skumulowała chyba wszystkie islandzkie barany i pojazdy w jednej pracy. Błękit miesza się ze złotem, dając wrażenie luksusu. Może jakaś krytyka kryzysu gospodarczego? Tak, tylko znowu dowiaduję się tego ze źródła pobocznego. Nadal jestem ignorantem.
Nie chcę nim być, ale muszę, bo taka jest wola kuratora.

Tekst reklamujący wystawę:


Członkowie grupy artystycznej Start Art utworzyli i ukształtowali własną ideologię, która bada koncepcję czasu, miejsc i historii w najszerszym możliwym znaczeniu, a także miejsc, gdzie historie są opowiadane, zapamiętywane lub zapominane, a miejsca zapadają w pamięć lub tracą znaczenie. Chronotopology to nieuchwytna, zmieniająca się scena gdzie czas i miejsce przenikają się i przesuwają, nieustannie kształtując naszą kulturę.
Mocno naciągany. „W najszerszym możliwym znaczeniu” znaczy ni mniej ni więcej jak: „Nie wiem co, ale muszę coś napisać”.




Wystawa mogłaby być bardzo interesująca, niestety brakuje dobrych chęci (a może wiedzy). Prace zachęcają do zastanowienia się nad problemem, lecz próżno go szukać, odnaleźć w gąszczu domysłów. Po takiej wystawie przeciętny odbiorca powie:

Co za gówno

Nie rozumiem sztuki współczesnej

To nie dla mnie

Nigdy już nie przyjdę do galerii

Strata czasu


Niestety, bo z tymi samymi pracami mogłaby powstać świetna wystawa, którą chętnie odwiedziliby nawet zagorzali przeciwnicy sztuki. Trzeba tylko podprowadzić widza, zachęcić, dać wskazówkę. Jest to, niestety, mankament większości współczesnych ekspozycji skutecznie zniechęcający zwiedzających.

piątek, 19 lipca 2013

ANDRZEJ ROCHECKI

Twórczość Andrzej Rocheckiego
autor: Aleksandra Klugiewicz


 Przypadek – to Bóg przechadzający się incognito- to właśnie owa sentencja autorstwa Alberta Einsteina( bo cóż innego?) stanowi kwintesencję, a zarazem komentarz do wydarzenia, z którego nieoczekiwanie otrzymałam bukiet estetycznych doznań okraszonych delikatną rosą dziecięcych wspomnień.
Andrzej Rochecki, "Początek i Koniec"

Otóż, w ponury, mglisty, zimny wieczór, który nie zachęcał do podjęcia jakichkolwiek działań, bez przekonania i entuzjazmu za namową znajomych wybrałam się do Dworu Artusa w Toruniu, gdzie zorganizowane było Wszystkobranie. Przechadzając się leniwym krokiem w rozgorączkowanym tłumie, przypadkowo natknęłam się na katalog z reprodukcjami obrazów Kazimierza Rocheckiego (absolwenta Wydziału Sztuk Pięknych Mikołaja Kopernika w Toruniu) z lat 1988 -1992,który niespodziewanie sparwił,iż moja osoba znajdująca się w tym miejscu przestała być już tylko kukłą w chochlim tańcu.
Nieprzeciętne, intrygujące kompozycje w typowym dla tamtego okresu stylu artysty inspirowanym dziecięcym postrzeganiem rzeczywistości przykuwają uwagę, nie tylko uproszczonym i jakże dosadnym rysunkiem, ale przede wszystkim monochromatyczną kolorystyką, przełamaną często z doskonałym wyczuciem, silnym kontrastem (np.To my). Dynamiczne i grubo rozprowadzone warstwy farby dodatkowo potęgują zarówno głębię artystycznego wyrazu jak i estetyczne przeżycia u odbiorcy. Twórczość Kazimierza Rocheckiego mieści w sobie ogromny ładunek emocjonalny, poruszający z pozoru nieistniejące zakątki ludzkiej wrażliwości. Skłania do refleksji nad odwiecznymi egzystencjalnymi pytaniami dotyczącymi Boga,życia, miłości, świata, ludzkiej natury...

Andrzej Rochecki, "To My"

Co szczególnie przyciąga wzrok w dziełach artysty ,to niesamowita odwaga i niepokorność twórcza uwidaczniająca się między innymi w pracach Psie syny czy Ucieczka z raju. Mocno zaznaczony kontur, intrygujące zestawienia barw oraz szeroko kładzione płaszczyzny szpachlą uwypuklają niezbitą siłę charakteru oraz ostrość przekazu. 

Andrzej Rochecki, "Ucieczka z Raju"
 
Nie należy zapominać ,iż Kazimierz Rochecki to artysta nietuzinkowy, który od początków swojej artystycznej drogi nie ograniczał się wyłącznie do tradycyjnie pojmowanej sztuki. Szukał innowacyjnych rozwiązań, które mogłyby w pełni wyrazić jego niczym niepohamowane wizje. Sięgając po grafikę, rzeźbę, witraż na performance kończąc, wypracował niepowtarzalny styl, który zachwyca polskich, a także zagranicznych krytyków sztuki . Jego obrazy niejednokrotnie były doceniane na prestiżowych wystawach w wielu zakątkach świata (Stichting de Voorst-EEFDE Holandia,1993; BRUAY-LA-BUISSIERE-Francja,1993r.) i co zrozumiałe nierzadko uświetniają prywatne kolekcje miłośników i koneserów sztuki.



Ignoranci Kultury i Sztuki

Ignoranci Kultury i Sztuki